Zastanawialam sie, jak to mozliwe, ze nauczycielka nie zauwazyla, ze moje dziecko nie odrabia pracy domowej. Zachowala twarz, kiedy ja spotkalam i rzucilam:

- Mam problem, L. nie przynosi zeszytow do domu. Nie odrabia lekcji.
- Chyba bedziemy musieli wyciagnac konsekwencje… – wymownie spojrzala na moje dziecko.

Okazuje sie, ze praca domowa wcale nie jest obowiazkowa. To zadania dodatkowe, dla chetnych. Nauka odbywa sie w szkole, w czasie lekcji. W domu dziecko powinno sie relaksowac.

- Pani powiedziala, ze moge to zrobic, jesli mam wolny czas.
Dziecko, masz mnostwo wolnego czasu…

Zastanawiam sie, jak odnajduja sie Tajwanczycy w tutejszej rzeczywistosci?

Wiecej o australijskiej edukacji na Antypodach.

Kursor miga na ekranie. Czeka, ponagla. Wyczekuja palce uniesione lekko nad klawiatura gotowe wystukac, co pomysli glowa. I tylko w glowie pustka. Nie ma slow. Nie znajduje ich. Nie potrafie nazwac. Nie wiem, jak ubrac w zdania ta tesknote.

Brakuje mi ludzi mijanych codziennie w drodze tam i z powrotem. Usmiechow slanych znad kubka kawy przez znajomych nieznajomych. Zaprzyjaznionych sprzedawcow z bazarku. Ochroniarza z budki wciskajacego moim dzieciom cukierki w rece. Kierowcy autobusu machajacego na pozegnanie. Pani sprzedajacej sok i jej radosnego Hao jiu bu jian!, choc przeciez widzialysmy sie zaledwie wczoraj.

Brakuje mi.

Lorysa gorska, czesty gosc na naszym balkonie. Sliczny i halasliwy. Te ze zdjecia przysiadly na chwile wysuszyc piora, ze spokojem przygladajac sie intruzowi z aparatem. Przeploszyla je kakadu zoltoczuba, pozazdrosciwszy najwidoczniej dobrej kryjowki przed deszczem. Niestety, zwiala zanim zdazylam wycelowac w nia obiektywem.

Mimo przekierowania poczty, wciaz dostaje listy adresowane do wlascicieli naszego mieszkania. Zwykle biore zarowiasty marker i duzymi kulfonami wypisuje na kopercie, ze to POWINNO byc przekierowane, ze MA BYC przeslane na inny adres i podrzucam to z powrotem listonoszowi do skrzynki. Szlag mnie ostatnio trafil, bo listonosz zaczal mi odpisywac na kopertach, ze przekierowania na to nazwisko po prostu nie ma.

Wczoraj dostalam recznie napisany list od wlasciciela. „Przepraszamy, ze Australijska Poczta nie wykonuje swojej pracy… Rozumiemy, ze jest to denerwujace i dziekujemy za tolerancje.” Do listu dolaczono kilka arkuszy z naklejkami: „PROSIMY o przekierowanie na adres…

Wciaz probuje zrozumiec jak dziala, ale im dluzej z niej korzystam, tym bardziej tesknie za moim tajwanskim szpitalem.
Wiem, ze nie powinnam przeliczac australijskich dolarow na tajwanskie, ale za kwote, ktora musialam zaplacic tutaj za wykonanie badania krwi, na Tajwanie mialam zrobione kompletne badania okresowe z pelna morfologia, kilkoma usg, rtg i pomiarem gestosci kosci. Troche szok.
Skierowanie na konsultacje u specjalisty ma forme listu, doslownie. „Szanowny Panie, dziekuje, że zgodzil sie Pan przyjac… Z wyrazami szacunku…” Wizyte mamy umowiona na… marzec. Odwyklam od takich terminow.
Lekarz ogolny robi tu nawet za ginekologa. A znajomi nie przebieraja w slowach na temat kompetencji lokalnych lekarzy…
Za to powtarzalne recepty, super sprawa i kompletna nowosc dla mnie. Lekarz wypisujac recepte zaznacza, ile razy mozna ja zrealizowac. Potem wystarczy tylko pojsc jeszcze raz do tej samej apteki i wykupic nowa porcje leku. Bez koniecznosci biegania do lekarza.

Poki co, korzystamy z uslug polskiej pani doktor. To naprawde niesamowita ulga moc porozmawiac z lekarzem po polsku.

Najpiekniejsze drzewo, jakie kiedykolwiek widzialam. Jestem absolutnie zauroczona kolorem i iloscia kwiatow. Jest takie bajkowe, takie… nierealne. Wiosna w Sydney ma kolor jacarandy.

Absolutna nowosc wydawnicza, pierwsza czesc opowiadan Sapkowskiego po chinsku. Jesli sie nie myle, autorka tlumaczenia jest dziewczyna, ktora swojego czasu prezentowala w tajwanskiej stacji radiowej polska muzyke. Ksiazka do nabycia w ksiegarniach lub tu.

Na oddziale pomocy dorazniej wieje nuda. Pacjentow jak na lekarstwo, a wszyscy sennym wzrokiem wpatrzeni w ekran telewizora. Pielegniarki w granatowych uniformach ordynuja leki przeciwbolowe. Lekarze, na zielono, szeptem omawiaja wyniki badan. Wszystko bez pospiechu, spokojnie. Co jakis czas zaloga karetki przywozi kolejnych pacjentow, ale nawet oni wygladaja na wyluzowanych. Nikt nie biega, pejdzery nie piszcza, nikt krzykiem nie prosi o crash cart. A mimo to czuje sie jak na planie serialu. Nurse station, lozka z zaslonkami, bosy facet w szpitalnej koszuli z dziura na plecach. Wzrokiem szukam siostry Jackie…

Moje cisnienie wywoluje zmarszczke na czole pielegniarki. Lekki pstryczek w wyswietlacz i powtorka pomiaru. Cwicze oddechy, wizualizuje spokojny ocean, ale maszyna nie daje sie oszukac. Nic na to nie poradze, widok lekarzy powoduje u mnie samoistny wyrzut adrenaliny.

Nie moge sie przyzwyczaic, ze w sklepie przy wyjsciu ochroniarz lub kasjer prosi mnie o pokazanie zawartosci torby. Nie do pomyslenia na Tajwanie.

Obiad gotowy. Z piekarnika rozchodzi sie zapach ciasta z jablkami. Kuchenne drzwi otworzone szeroko. Slonce, blekitne niebo i lekki wietrzyk poruszajacy rozwieszonym praniem. Ulubiona stacja radiowa gra muzyke z lat 80-tych.
Za kilkanascie minut wroci dzieciarnia. Rozesmiana, rozwrzeszczana, z policzkami zaczerwienionymi od biegania po parku. Od progu wolajaca:

- Mamo, jesc!

Rozgladam sie i nie wierze, ze rzeczy, ktorych tak bardzo nie lubie, kiedy juz zrobione, sprawiaja najwiecej radosci.

Następna strona »

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.