Co roku wydaje mi sie, ze to juz. Ze po tylu latach przyzwyczailam sie wreszcie do panujacych tu temperatur. A guzik… i z kazdym rokiem jest mi jakby odrobine ciezej. Nie cierpie tej tajwanskiej sauny. Niby nie ma slonca, niby jedyne 30-stopni, a ze mnie plyna wiecznie hektolitry potu. Jak mozna sie tak pocic? Czy to w ogole normalne?! Nawet Mloda z tego upalu dostala krost na calym ciele mimo, ze wychodzimy z domu naprawde w ostatecznosci. Przeraza mnie fakt, ze juz za dwa tygodnie Lukasz bedzie mial wakacje. Co ja bede z nimi robic w domu przez te dwa miesiace?

A poniewaz dzis pogoda znow nie sprzyja spacerom, na obiad mamy danie idealne na upalny dzien. Jak zapewnia autor ksiazki “One Pot Cooking”, ziemniaki pomagaja uwolnic sie od goraca, tak wiec dzisiaj:

Zeberka z ziemniakami / Spareribs with Potatoes Pot /
馬鈴薯排骨鍋 / Ma3 Ling2 Shu3 Pai2 Gu3 Guo1:

  • 2 ziemniaki
  • marchewka
  • kukurydza w kolbie
  • zeberka wieprzowe
  • sol

Mieso blanszujemy we wrzatku. Wyciagamy i pluczemy w zimnej wodzie. Przekladamy do innego garnka, dodajemy pokrojona kukurydze i zalewamy swieza woda. Gotujemy ok. 30-minut. Dorzucamy pokrojone ziemniaki i marchewke. Gotujemy jeszcze 10-minut i doprawiamy do smaku sola.

Zupa jest super prosta w wykonaniu, smaczna i w dodatku nie wymaga uzycia zadnych wyszukanych chinskich skladnikow.

Jedna z wielu rzeczy, ktorych na bank bedzie mi brakowalo po wyjezdzie z Tajwanu sa tutejsze napoje. Mozna je kupic wszedzie – w sklepikach typu 7-Eleven i przydroznych automatach. I jest ich mnostwo: kawa z cukrem, z mlekiem lub bez, soki, wyciagi, napoje, drinki dla sportowcow, odchudzajace, wspomagajace… Samej herbaty jest kilkanascie rodzajow plus oczywiscie woda i te wszystkie cole i pepsi.
Bedzie mi tego brakowalo, choc w polskim klimacie kwestia, czego sie napic, zapewne nie bedzie miala wielkiego znaczenia.

Ostatnio w telewizji pojawila sie zabawna reklama herbaty zawierajacej wyciag z kamelii japonskiej. Jak zapewnia producent, herbata poprawia metabolizm i funkcje fizjologiczne organizmu do tego stopnia, ze Samuraj narysowany na etykiecie herbaty trzyma w garsci majtasy, zeby mu nie spadly. Moze to wlasnie dlatego tak trudno ja znalezc na polkach sklepowych? ;)

Z okazji Swieta Lata dostalam od kolezanki zong zi. Z dokladna instrukcja, ktore ugotowac na parze, ktore wrzucic do wrzatku, a ktore mozna zjesc na poczekaniu.

Odwiazalam sznurek, rozwinelam liscie i w zasadzie bez zastanowienia wlozylam w gebe zolty ryzowy glut. Znajoma kazala posypac cukrem, ale co mi tam… A teraz mi sie brzydko odbija. I cos mnie lekko pali w srodku.

Wiki mowi, ze moj zoladek probuje wlasnie strawic jian shui zong, czyli ryz potraktowany soda kaustyczna. To sie w ogole je?!

Czasami mam dziwne wrazenie, ze Chinczycy jedza rzeczy, ktorych absolutnie nie powinno sie spozywac.

Swieto Poczatku Lata opisywalam juz tutaj. W tym roku przypada ono 28-go maja, a poniewaz jest to czwartek, moje chlopaki wolny maja rowniez piatek. Wybywamy zatem powloczyc sie troche po Taroko. Nasza pierwsza wycieczka w tamte rejony nie byla do konca przemyslana. Tym razem spedzimy tam kilka dni, a baze wypadowa zaplanowalismy w Hualian.

Chcielismy poswiecic jeden dzien na obejrzenie Sun Moon Lake, ale zaprzyjaznieni Tajwanczycy wpadli w poploch, kiedy o tym uslyszeli. Wycieczka wymagala przejazdu przez gory ze strony wschodniej wyspy na strone zachodnia. Trasa podobno jest szalenie malownicza, ale i bardzo niebezpieczna. Nasluchawszy sie mrozacych krew zylach historii o spadajacych skalach i samochodach znikajacych w glebokich przepasciach musielismy zmienic plany. Poza tym, prawdopodobnie czesc tej najwyzej usytuowanej drogi na Tajwanie jest nieprzejezdna z powodu zniszczen dokonanych przez jedno z trzesien ziemi. Tak wiec, najwieksze i podobno najpiekniejsze tajwanskie jezioro zostawiamy sobie na kolejna wyprawe.

Tak mnie wlasnie olsnilo, ze to prawdopodobnie nasze ostatnie takie swieto na Tajwanie, a my wciaz jeszcze nie widzielismy jego glownej atrakcji, czyli wyscigu smoczych lodzi. Buuu…

psiak

Nie mam pojecia, co to za rasa, ale te biale straszydelka to najbardziej popularne psiaki w Taipei. Zwykle wozone sa w takich oto wozkach lub noszone w szykownych torebkach. Czasami biegna sobie luzem za wlascicielem, wystrojone w kolorowy kubraczek i dopasowane buciki. Z blyszczacymi spinkami z kokardkami przypietymi przy uszach.

Taki psiak dzien spedza na wizytach u kosmetyczki i fryzjera. Na lunch jedzie do restauracji, w ktorej ryz z warzywami i miesem podane ma na talerzu tak, ze w zyciu byscie sie nie domyslili, ze to zarcie dla psa.

Taksowkarze lubia zeby im torby polozyc na przednim siedzeniu. Siaty z zakupami albo wozek dzieciecy. Wszystko idzie do przodu, poniewaz bagaznik zwykle jest zawalony innymi gratami i niechetnie otwiera sie go dla pasazera.

Wracalam dzis z zakupow w supermarkecie. Kierowaca taksowki co rusz zerkal w stojace obok niego torby. Widzac ile w nich przeroznego pieczywa, nie wytrzymal w koncu i zdziwiony zapytal:

- Nie lubisz jesc ryzu?

Tajwanczykom zawsze sie wydaje, ze my jadamy chleb tak jak oni ryz, do wszystkiego.

Maz znajomej, ale znajomej jedynie na tyle, ze wiem kim jest, bo rozmawialam z nia w parku wszystkiego ze trzy razy, zwrocil sie ostatnio do mojego syna po imieniu.

- Ale skad ty wiesz, ze ja mam na imie Lucas??? – zdziwil sie Lukasz.
- Wszyscy wiedza…

Jak sie mieszka w okolicy i przychodzi z dzieckiem do parku, nie da sie nie znac Krola Podworka.

kupa

Lukasza znaja wszyscy, a Mloda chocby byla ubrana w kiecke po kostki, na zawsze juz chyba pozostanie jego braciszkiem.

Wyrwalam sie na basen. Tak sie spieszylam, ze zapomnialam okularow do plywania i musialam poprosic ratowniczke, zeby mi pozyczyla swoich.

- Wow, swietnie mowisz po chinsku!

No, zwlaszcza jak sie wezmie pod uwage, ze potrafie na migi po chinsku powiedziec, ze potrzebne mi okulary.

Najpierw osleplam, bo okulary przeciekaly. Potem dostalam zawalu, zaraz po pierwszej dlugosci. A pozniej sie utopilam, kiedy zamiast powietrza pelna geba nabralam w pluca wody.

- Hao jiu bu jian! – powiedziala mi na powitanie pani ratownik.

Taaa, w tych okolicznosciach predko sie znowu nie zobaczymy.

好菜一鍋煮 作者:羅進雄 … czyli pysznosci z jednego garnka, autor: Luo2 Jin4 Xiong2.
Ksiazke kupilam juz jakis czas temu na ulicznym bazarku za cale 50 NT.  Wydanie jest z 2001 roku, wiec prawdopodobnie jakas hurtownia albo wydawnictwo sprzedajac w ten sposob malo chodliwe ksiazki oproznia magazyny. Ksiazka, wydana w wersji chinsko-angielskiej, zawiera przepisy na chinskie zupki. Na poczatek cos prostego,  czyli przepis numer jeden:

Kurczak w kalafiorach / Chicken with Cauliflower Pot /
花菜
雞肉鍋 / Hua1 Cai4 Ji1 Rou4 Guo1:

  • 1/2 kalafiora
  • 1/4 brokula
  • noga kurczaka
  • kukurydza w kolbie
  • marchewka
  • 3 plasterki imbiru
  • 1 Jew’s ear fungus /木耳 / mu4 er3
  • 1 lyzeczka wina do gotowania /酒 / jiu3
  • sol

Niestety, grzyba nie udalo mi sie kupic. Podobnie jak wina, ktore powinno byc przeciez wszedzie. Zastapilam je przyprawa mirin / 淋 /wei4 lin4, bo jak twierdzi Wiki, w kuchni japonskiej uzywa sie jej wlasnie do zup i sosow.

cauli1

Kalafiora i brokula tniemy na male bukieciki. Mozemy zanuzyc je na chwile w slonej wodzie, zeby wylazly z nich robaczki, ktore w zupie nie sa nam potrzebne.

Kurczaka kroimy na male kawalki i na minute zanurzamy we wrzacej wodzie. Wyciagamy i dokladnie pluczemy w zimnej wodzie. Dzieki blanszowaniu mieso nie zmienia koloru podczas gotowania, a w zupie nie plywaja szumowiny.

Do garnka wkladamy pokrojona kukurydze i marchewke, plasterki imbiru i kurczaka. Zalewamy woda i gotujemy okolo pol godziny. Dodajemy reszte skladnikow i gotujemy jeszcze 5 minut. Doprawiamy sola i winem. Podajemy i wcinamy. Pycha!

cauli2

I jeszcze ciekawostka, zupa po wyciagnieciu z lodowki ma konsystencje galaretki. Kiedys galaretka zrobila mi sie z zupy nabytej w restauracji. Zastanawialam sie wtedy, czego musieli napakowac do srodka. Okazuje sie, ze niczego ;)

Następna strona »