… z kapusta kiszona rozmawialysmy glownie o jedzeniu.

- Czy w Polsce ludzie jedza ryz? Skad macie, przeciez u was nie ma pol ryzowych… Musi byc bardzo drogi.

Smiesznie zrobilo sie, kiedy spytala mnie o sposob gotowania ryzu. Ryz w torebkach foliowych niezmiennie rozbawia Tajwanczykow.

- Ale przeciez to nie ryz, ja nawet nie wiem, jak to nazwac! Takie marnotrawstwo, w wodzie zostaja wazne skladniki! Czy wiesz, ze na Tajwanie male dzieci pija czasami to mleko ryzowe?

Pewnie, ze wiem.

- A warzywa jak przygotowujesz? Z imbirem i czosnkiem?! Ale to przeciez po tajwansku…

Na szczescie odkrylam juz sekret gotowania chinskiej zieleniny. Do tej pory myslalam, ze te wszystkie liscie trzeba smazyc, bo przeciez tutaj wszystko wrzuca sie na rozgrzany olej, ale mi nie wychodzilo. Albo dusic, ale zeby zmiekly trzeba bylo je dusic dlugo, wiec zmienialy kolor i zapewne uciekaly z nich wszystkie witaminy. Ostatnio dobralam sie jednak w ksiegarni do szalenie drogiej ksiazki Kylie Kwong i juz wiem, ze zielone liscie nalezy blanszowac. Doslownie minuta kapieli we wrzatku sprawia, ze robia sie przepyszne. Czesto zjadam je wszystkie zaraz po wyjeciu z gara, jeszcze przed wymieszaniem z reszta potrawy duszonej na patelni.

A po kiepskim obiedzie w pseudo-niemieckiej restauracyjce wybralysmy sie do TP101 poogladac sobie tofu w supermarkecie.

Po co ona chodzi ze mna na zakupy skoro za kazdym razem zbiera jej sie na wymioty?

- Tofu? Zamierzasz to jesc?! Kupujesz warzywa na ulicznym straganie???

Ze niby warzywa dostepne w supermarkecie w TP101 pochodza z innego zrodla niz te na bazarze? Zaloze sie, ze rosna na tym samym polu tyle, ze ja place za nie trzy razy mniej.

***

Wybieram rybe w pobliskim sklepie.

- O, tunczyk – slysze za plecami. – Chcialam dzis kupic tunczyka w TP101, ale nie bylo.

Dlaczego nie wezmie tutaj skoro jest?!

- To nie tunczyk, to rekin.

- Rekin??? – I to by bylo na tyle, jesli chodzi o jedzenie tunczykow. Znaczy sie, rekinow.

***

- Co jadacie zwykle na sniadania? – pytam z czystej ciekawosci.

W odpowiedzi otwiera lodowke, w ktorej tylko swiatlo. Puste polki.

- Kupuje ser – mowi pokazujac mi Presidenta – i jemy go z bagietka.

- Kupowalas kiedys wedline w TP101? – pytam glownie z przekory, bo i tak z gory znam odpowiedz.

Jak ona przezyla cztery lata w Taipei? A tak, na bagietkach i plasterkowanym serze. I wlasnym gotowaniu.

***

- Jak mozna nie byc ciekawym miejsca, w ktorym mieszka sie tyle czasu? – pyta Tajwanka, odrobine retorycznie, bo przeciez nie mozna, a przynajmniej nie powinno sie. – Co ona powie znajomym po powrocie do kraju, jak ja zapytaja, co widziala, co jadla?

Ze maja dobry ser w TP101?!

Obie zartujemy sobie troche z N. Niestety, fasola ze slodkimi ziemniakami nie przeszla bez echa. Jeszcze wczoraj Tajwanka pytala mnie oburzona:

- Jak ona mogla?! A mowila, ze to my, Tajwanczycy, jestesmy zamknieci na nowosci, ze nie dopuszczamy do siebie zbyt blisko obcokrajowcow, ze nie potrafimy sie zaprzyjaznic…

Opowiadam jej o swoich obawach przed przeprowadzka i malych szokach tu, na miejscu. W odpowiedzi slysze, ze ona tez ze zdziwieniem odkryla, ze mozna ze mna normalnie porozmawiac. Normalnie i o wszystkim.

- Jestes cool, a wygladalas na taka zimna, trzymajaca sie na dystans osobe. Z nikim nie rozmawialas w parku.

No, niestety. Bardzo lubie rozmawiac z Tajwanczykami, ale zwykle bariera jezykowa nie pozwala mi na to.

… pan trzymal parasol i niosl nasze siaty odprowadzajac nas do taksowki. Wprawdzie dostaje za to pensje, ale na przyklad w metrze pelno jest wolontariuszy pracujacych za darmo. To oni pomagaja osobom wymagajacym asysty w czasie podrozy. To oni pokazuja droge zagubionym. To oni wolaja winde, kiedy widza mnie z Mloda.
Wolontariuszami sa zwykle starsi ludzie, zapewne juz na emeryturze. Nie maja nic ciekawszego do roboty, wiec zabijaja czas pomagajac innym w metrze.
Wolontariusze pracuja tez w szpitalach pomagajac na przyklad odnalezc wlasciwy gabinet. Jakis czas temu widzialam tez faceta w kamizelce wolontariusza kierujacego ruchem na skrzyzowaniu.

Starsi ludzie na Tajwanie sa bardzo aktywni. Przede wszystkim duzo cwicza. W naszym parku od switu niemalze grupki babc i dziadkow robia sklony, wymachuja rekami, cwicza tai chi. Tabunami wspinaja sie po gorach. Udzielaja sie pracujac dla innych i rozwijaja swoje zainteresowania. Ucza sie malowac, robic bizuterie, tanczyc…

Co starsi ludzie robia w Polsce?

Cwaniaki sprawdzaja najpierw, czy rozumiem po chinsku i czy wiem, dokad jade.

- Pojedziemy ulica…, a potem skrecimy w … i bedziemy na miejscu – pan proponuje mi droge na okolo, ale z tego przeciez zyje. Z cyferek, ktore nabije licznik.

- Nie, nie… Chcialabym jechac… – prosto, jak po drucie, to przeciez oczywiste.

- Aaa… Faktycznie, masz racje, tak tez mozna. Zapomnialem!

Czy to nie zadziwiajace, ze niezaleznie od narodowosci, taksowkarze na calym swiecie sa tacy sami?

***

Jak donosza dobrze poinformowane zrodla, na uniwersytecie NCCU mozna obejrzec wystawe poswiecona Solidarnosci. Organizatorem wystawy jest MSZ.

Wlasnie ukazala sie kolejna ksiazka warta polecenia, a mianowicie “Autobiografia” Marii Sklodowskiej-Curie wydawnictwa Taiwan Commercial Press.
Na tajwanskim rynku dostepnych jest mnostwo pozycji poswieconych naszej rodaczce, jednak “Autobiografia” jest pierwsza, ktora powstala w oparciu o zbiory i za zgoda  Muzeum Marii Sklodowskiej-Curie w Warszawie.

Wiecej o ksiazce tutaj.

MarieCurieBook

Chce mi sie sledzia.

“(…) cholerne golebie wyjadly wszystko, zostal tylko kurz i kamien.”

Doznalam olsnienia, kiedy pierwszy raz dodalam odrobine pasty do duszacych sie na patelni warzyw: wiec to to tak pachnie! To jest ten zapach! W tej chwili malo co pachnie dla mnie rownie smakowicie.

Plasterki swiezego imbiru, czosnek i la dou ban jiang. Tym wlasnie pachnie moj Tajwan.

Tajwanczycy tak przywykli do zycia na kupie, ze nawet w kolejce jeden drugiemu dyszy prosto w ucho.

Nie lubie, gdy osoby stojace za mna leza mi na plecach. Nie lubie czuc na karku ich oddechu. Nie lubie, gdy zagladaja mi do otwieranego portfela i gdy przysuwaja sie blizej zeby zobaczyc, co jest napisane na papierach, ktore trzymam w dloni. Nie lubie, gdy podchodza razem ze mna do obslugujacej mnie kobiety, zeby posluchac, jak dlugonosa biala poradzi sobie z rejestracja. Nie lubie, no nie lubie…

Albo gdy w minimalny odstep, ktory zostawiam za osoba stojaca przede mna, wpychaja sie inni ludzie. Im sie zwyczajnie wydaje, ze ja nie stoje w kolejce. Nie wiarygodne po prostu!

Co innego wrzucic do garnka martwy kawalek ryby, a co innego malze, ktore wziete w dlon zamykaja ze strachu muszle.
Kupilam dzisiaj kilka z zamiarem dodania do zupy. Kiedy przeplukalam je w domu woda, zaczely otwierac szerzej muszle. Rany, one sa zywe, a ja chce je wlasnie wrzucic do wrzatku.
Pojecia nie mam, jak ludzie kraby gotuja…

Następna strona »