Po co ona chodzi ze mna na zakupy skoro za kazdym razem zbiera jej sie na wymioty?
- Tofu? Zamierzasz to jesc?! Kupujesz warzywa na ulicznym straganie???
Ze niby warzywa dostepne w supermarkecie w TP101 pochodza z innego zrodla niz te na bazarze? Zaloze sie, ze rosna na tym samym polu tyle, ze ja place za nie trzy razy mniej.
***
Wybieram rybe w pobliskim sklepie.
- O, tunczyk – slysze za plecami. – Chcialam dzis kupic tunczyka w TP101, ale nie bylo.
Dlaczego nie wezmie tutaj skoro jest?!
- To nie tunczyk, to rekin.
- Rekin??? – I to by bylo na tyle, jesli chodzi o jedzenie tunczykow. Znaczy sie, rekinow.
***
- Co jadacie zwykle na sniadania? – pytam z czystej ciekawosci.
W odpowiedzi otwiera lodowke, w ktorej tylko swiatlo. Puste polki.
- Kupuje ser – mowi pokazujac mi Presidenta – i jemy go z bagietka.
- Kupowalas kiedys wedline w TP101? – pytam glownie z przekory, bo i tak z gory znam odpowiedz.
Jak ona przezyla cztery lata w Taipei? A tak, na bagietkach i plasterkowanym serze. I wlasnym gotowaniu.
***
- Jak mozna nie byc ciekawym miejsca, w ktorym mieszka sie tyle czasu? – pyta Tajwanka, odrobine retorycznie, bo przeciez nie mozna, a przynajmniej nie powinno sie. – Co ona powie znajomym po powrocie do kraju, jak ja zapytaja, co widziala, co jadla?
Ze maja dobry ser w TP101?!
Obie zartujemy sobie troche z N. Niestety, fasola ze slodkimi ziemniakami nie przeszla bez echa. Jeszcze wczoraj Tajwanka pytala mnie oburzona:
- Jak ona mogla?! A mowila, ze to my, Tajwanczycy, jestesmy zamknieci na nowosci, ze nie dopuszczamy do siebie zbyt blisko obcokrajowcow, ze nie potrafimy sie zaprzyjaznic…
Opowiadam jej o swoich obawach przed przeprowadzka i malych szokach tu, na miejscu. W odpowiedzi slysze, ze ona tez ze zdziwieniem odkryla, ze mozna ze mna normalnie porozmawiac. Normalnie i o wszystkim.
- Jestes cool, a wygladalas na taka zimna, trzymajaca sie na dystans osobe. Z nikim nie rozmawialas w parku.
No, niestety. Bardzo lubie rozmawiac z Tajwanczykami, ale zwykle bariera jezykowa nie pozwala mi na to.