… udać, że jestem tu pierwszy raz, przed sobą i przed innymi?

Za bardzo wsiąkłam w okolicę. Codziennie wydeptuję te same ścieżki, spotykam tych samych ludzi. Codziennie rutyna, stałość, stagnacja. Apatia. Utknęłam gdzieś pomiędzy, otoczona skostniałym kokonem, odcięta od bodźców zewnętrznych. Nie dzieje się nic, czego nie widziałam i nie doświadczyłam już wcześniej. Nic mnie nie zaskakuje, nic nie dziwi, nic nie zachwyca.

Więc gdyby tak jednak zapomnieć, że mieszkam tu już prawie dziesięć lat? Gdyby tak z przewodnikiem pod pachą udać turystę? Skręcić raz w lewo dla odmiany? Spod przymróżonych powiek spojrzeć raz jeszcze na to, co wokół? Co mogłabym zobaczyć? I o czym koniecznie chciałabym ci opowiedzieć?

Znajoma Tajwanka jest w podróży przez Europę. Za kilka dni będzie w Polsce.

– Coś ci przywieźć? Musi ci brakować…

Skrawek nieba. Zieleń trawy i szum wiatru w przydrożnych drzewach. Las. Łan zboża usiany chabrem i makiem. Żółte kwiaty rzepaku. I krowę, albo konika na pastwisku. Bociana w gnieździe. I wielki haust powietrza.

Przywieź mi.

Najbardziej lubię niebo. Jego błękit i biel kłębuszków waty. Nie ma takiego drugiego nieba, nigdzie. Tak samo, jak nigdzie indziej chmury nie przybierają takich kształtów.

20150713_162510

Moi znajomi nie przepadają za takimi wioskowymi widoczkami. „Polska to coś więcej niż krowy, pola i traktory!” – mówią. Ale ja najbardziej lubię ją właśnie taką: zazielenioną pagórkami, kiwającą źdźbłami zboża na wietrze, błękitną tym niebem nie do ogarnięcia. Taką Polskę chowam głęboko w sercu. Taką oddycham.

Niebo nad Tajwanem wita nas tęczą. Spoglądając przez okno uświadamiam sobie, że po raz pierwszy podczas lądowania oglądam góry i miasto skąpane w blasku zachodzącego słońca. Wzmożony ruch powietrzny sprawia, że nasz samolot kilkakrotnie okrąża miasto, a ja chłonę i sama już nie wiem, gdzie dom mój, gdzie serce moje.

Powinnam pisać. Powinnam usiąść tu codziennie i zapisać chociaż kilka słów. Zdań może. Zamienić wewnętrzny monolog z samą sobą na… Co właściwie? W głowie kiełkują tylko skrawki myśli. Urwane zdania. Notuję je w notesie, może dojrzeją. Litery, jedna za drugą. A zaraz obok dziura, czarna dziura.

Łapię się pojedyńczej myśli jak sznurka w ciemności z nadzieją, że przeprowadzi mnie przez nieznany labirynt. Trzymam go mocno, stawiam kilka niepewnych kroków i zostaję z luźnym końcem w dłoni. Ta myśl prowadzi donikąd. Nie będzie z niej historii, podobnie jak z wielu innych.

Kiedyś miałam w głowie słowa. Teraz jest tam tylko pustka. Cisza. Spokój.

Rutyna dnia codziennego. Przetrwać, teraz bardziej niż kiedyś.

Gdzieś w międzyczasie biorę lekcje chińskiego. Tym razem na poważnie, w szkole. Odrabiam zadania domowe, kuję do testów. Początkowo intensywnie, pięć dni w tygodniu po trzy godziny, ale nie wyrabiam się z niczym. Kiedy zaczynam już przydeptywać wywieszony ozór, skracam do trzech dni w tygodniu, w końcu do dwóch.
Moja towarzyszka niedoli – jedna, druga – nie jest w stanie zapamiętać pięciu nowych słówek z lekcji na lekcję. Im bardziej jej się wszystko pierniczy, tym bardziej rośnie poziom mojej frustracji. Próbuję zmienić grupę, godziny zajęć, cokolwiek, ale dowiaduję się, że to moja wina – sama zapisałam się na zajęcia dla początkujących i do tego za szybko się uczę! Zaciskam więc zęby i próbuję jakoś przetrwać do końca semestru. Wybawienie nadchodzi po Bożym Narodzeniu w postaci Amerykanina, którego to ja muszę teraz gonić.

Na zajęciach często jestem pytana, co robiłam w ciągu dnia. No cóż, chodzę. Rano odprowadzam dzieci do szkoły, wracam do domu albo pędzę na lekcje. Szybkie zakupy w jednym sklepie, drugim, trzecim, na bazarku… Bo wszystkiego nie można tak zwyczajnie kupić za jednym razem. Odnoszę siaty do domu i lecę odebrać dzieciarnię. Na pytanie nauczycielek o rodzaj uprawianego sportu zaczynam odpowiadać: chodziarstwo. I zastanawiam się, że gdyby tak podliczyć te wszystkie kilometry i czas, jaki na to poświęcam… To ile by wyszło?
Z rozrzewnieniem wspominam Sydney (a jednak!) i samochód stojący pod domem. Wystarczyło zejść na dół i odpalić silnik. Jeździłam samochodem. Jeździłam kiedyś samochodem. Wspomnienie, jak z innego życia. Jakby mi się tylko przyśniło.

Siódmy rok daję się zaskoczyć przechodząc przez te drzwi – ostatnią bramę oddzielającą kojący chłód od gorącej galarety. Cichy syk mechanizmu rozsuwającego szklaną przegrodę na boki, krok w przód i… ledwo łąpię oddech. Wilgotny zaduch przylega do mnie momentalnie, spowalnia ruchy, zalepia oczy, wlewa się w płuca, które niemal krzyczą: tlenu! Nie da się na to przygotować.

Niecierpliwie przekręcam klucz w zamku, kto tym razem wybiegnie nam na przywitanie? Ostatnim razem, po tygodniu nieobecności, zbierałam z podłóg zwłoki karaluchów. Groteskowo powyginane odnóża, brzuchy do góry. Pomarły z rozpaczy? Samotności? Nie było kogo straszyć nocą? Komu zostawiać ślady stópek na kuchennym blacie? Z kim się ścigać pomiędzy pokojami?
Tym razem mieszkanie we władanie objęły pająki. Ich przywódca jest wielki i ma osiem kosmatych nóg. Pajęczyny są wszędzie. Na regałach z książkami, pomiędzy kablami od telewizora, w szafce z produktami spożyczymi – jedynym jak dotąd miejscu nie do zdobycia dla karaluchów. 1:0 dla pajęczaków!

Zgłębiam tajniki sortowania śmieci na Tajwanie, ze szczególnym uwzględnieniem odpadów kuchennych. Wiedzieliście, że dzielą się na te, które nadają się na paszę dla świn oraz na odpady kompostowe? Ja nie wiedziałam. Myślałam, że wszystko trafia do jednego kubła.
Od właścicielki naszego nowego mieszkania dostałam w prezencie specjane wiaderko z sitem do odcedzania resztek jedzenia. I nawet nie chce mi się myślec o jego przyszłej zawartości. Pamiętam, że jedna z moich znajomych w obawie przez karaluchami i zapachem trzymała odpady organiczne w zamrażarce.

Nigdy wcześniej nie musiałam zaprzątać sobie głowy śmieciami. Oddzielałam od siebie to i owo, ale później wystawiałam torby na schody i szczerze przyznam, nie interesowało mnie za bardzo, co się z nimi dzieje. I kto z pomiędzy moich zasmarkanych chusteczek wybiera skórki od owocow. Teraz to się zmieni, przeszukuję więc zasoby internetu i czytam opowieści innych ekspatów. Na szczęście władze miasta również pomyślały o obcokrajowcach i przygotowały odpowiednie informacje po angielsku (link).
A jedyne akceptowane niebieskie torby z hologramem na odpady, które się już do niczego nie nadają, kosztują majątek!

O śmieciach pisałam już kiedyś tutaj: link. Olaboga, jak to dawno temu było!😉