To jest walka. Pole bitwy, a ten podjeżdżający właśnie konwój śmieciarek jest ostatnim. Więcej nie będzie, po nim już tylko koniec świata.

To dyscyplina sportowa. Rozgrywka na wagę olimpijskiego złota. Kto będzie pierwszy? Kto dopadnie śmieciarki jeszcze zanim się zatrzyma? Kto trafi w biegu niebieskim workiem z hologramem? Kto by przypuszczał, że w tych starszych ludziach wciąż tyle wigoru?

***

Zdarza się, że jestem trochę wcześniej. Zajmuję strategiczną pozycję, zrzucam balast i zostawiam za sobą kłębowisko przepychających się ciał. Przeważnie jednak przychodzę na ostatnią chwilę. Staję z boku i czekam na rozwój wypadków. Bo sztuka polega na tym, żeby pozbyć się swoich śmieci zanim facet z obsługi zacznie się drzeć, że dlaczego nie posegregowane i że to nie tu, nie tu! Zanim zauważy, że jednak nie masz oficjalnego, jedynego słusznego, worka. I że nie chciało ci się bawić w oddzielanie gotowanych resztek kuchennych od resztek kompostowych.

***

Nikt nic nie mówi, ale każdy zagląda sobie w worki. Starsze panie zawsze najbardziej interesuje, co jadłam.

Reklamy

Gwar, tłumy i różnorodność towarów.

Nie jestem turystką, choć za taką mnie biorą. Blada twarz wyróżnia mnie z tłumu. Oglądam każde stoisko, uśmiecham się do sprzedawców. Pod nos podtykają mi najlepszy towar, zachwycam się i idę dalej. Próbuję nadzianych na patyki smakołyków. Pytam o ceny. Uśmiecham się, uśmiecham. I chłonę.

Jestem tutejsza, wiem po co przyszłam. Omijam sprzedawców gadżetów, koszulek z nadrukami i pamiątek. Kieruję się węchem, podążam za tłumem, staję w najdłuższych kolejkach. Jestem głodna. Podobnie jak cała reszta lokalsów, przyszłam się tu najeść.

Nocny bazar Shilin to wciąż jedno z moich ulubionych miejsc. Mimo, że jakiś czas temu zajął zaszczytne trzecie miejsce pośród najgorszych nocnych bazarów na Tajwanie (ankieta przeprowadzona online, link do artykułu po angielsku). Powód? Naciąganie nieświadomych turystów i zawyżanie cen, np. na owoce.

FB_IMG_1531038704338.jpg

… udać, że jestem tu pierwszy raz, przed sobą i przed innymi?

Za bardzo wsiąkłam w okolicę. Codziennie wydeptuję te same ścieżki, spotykam tych samych ludzi. Codziennie rutyna, stałość, stagnacja. Apatia. Utknęłam gdzieś pomiędzy, otoczona skostniałym kokonem, odcięta od bodźców zewnętrznych. Nie dzieje się nic, czego nie widziałam i nie doświadczyłam już wcześniej. Nic mnie nie zaskakuje, nic nie dziwi, nic nie zachwyca.

Więc gdyby tak jednak zapomnieć, że mieszkam tu już prawie dziesięć lat? Gdyby tak z przewodnikiem pod pachą udać turystę? Skręcić raz w lewo dla odmiany? Spod przymróżonych powiek spojrzeć raz jeszcze na to, co wokół? Co mogłabym zobaczyć? I o czym koniecznie chciałabym ci opowiedzieć?

Znajoma Tajwanka jest w podróży przez Europę. Za kilka dni będzie w Polsce.

– Coś ci przywieźć? Musi ci brakować…

Skrawek nieba. Zieleń trawy i szum wiatru w przydrożnych drzewach. Las. Łan zboża usiany chabrem i makiem. Żółte kwiaty rzepaku. I krowę, albo konika na pastwisku. Bociana w gnieździe. I wielki haust powietrza.

Przywieź mi.

Najbardziej lubię niebo. Jego błękit i biel kłębuszków waty. Nie ma takiego drugiego nieba, nigdzie. Tak samo, jak nigdzie indziej chmury nie przybierają takich kształtów.

20150713_162510

Moi znajomi nie przepadają za takimi wioskowymi widoczkami. „Polska to coś więcej niż krowy, pola i traktory!” – mówią. Ale ja najbardziej lubię ją właśnie taką: zazielenioną pagórkami, kiwającą źdźbłami zboża na wietrze, błękitną tym niebem nie do ogarnięcia. Taką Polskę chowam głęboko w sercu. Taką oddycham.

Niebo nad Tajwanem wita nas tęczą. Spoglądając przez okno uświadamiam sobie, że po raz pierwszy podczas lądowania oglądam góry i miasto skąpane w blasku zachodzącego słońca. Wzmożony ruch powietrzny sprawia, że nasz samolot kilkakrotnie okrąża miasto, a ja chłonę i sama już nie wiem, gdzie dom mój, gdzie serce moje.

Powinnam pisać. Powinnam usiąść tu codziennie i zapisać chociaż kilka słów. Zdań może. Zamienić wewnętrzny monolog z samą sobą na… Co właściwie? W głowie kiełkują tylko skrawki myśli. Urwane zdania. Notuję je w notesie, może dojrzeją. Litery, jedna za drugą. A zaraz obok dziura, czarna dziura.

Łapię się pojedyńczej myśli jak sznurka w ciemności z nadzieją, że przeprowadzi mnie przez nieznany labirynt. Trzymam go mocno, stawiam kilka niepewnych kroków i zostaję z luźnym końcem w dłoni. Ta myśl prowadzi donikąd. Nie będzie z niej historii, podobnie jak z wielu innych.

Kiedyś miałam w głowie słowa. Teraz jest tam tylko pustka. Cisza. Spokój.

Rutyna dnia codziennego. Przetrwać, teraz bardziej niż kiedyś.

Gdzieś w międzyczasie biorę lekcje chińskiego. Tym razem na poważnie, w szkole. Odrabiam zadania domowe, kuję do testów. Początkowo intensywnie, pięć dni w tygodniu po trzy godziny, ale nie wyrabiam się z niczym. Kiedy zaczynam już przydeptywać wywieszony ozór, skracam do trzech dni w tygodniu, w końcu do dwóch.
Moja towarzyszka niedoli – jedna, druga – nie jest w stanie zapamiętać pięciu nowych słówek z lekcji na lekcję. Im bardziej jej się wszystko pierniczy, tym bardziej rośnie poziom mojej frustracji. Próbuję zmienić grupę, godziny zajęć, cokolwiek, ale dowiaduję się, że to moja wina – sama zapisałam się na zajęcia dla początkujących i do tego za szybko się uczę! Zaciskam więc zęby i próbuję jakoś przetrwać do końca semestru. Wybawienie nadchodzi po Bożym Narodzeniu w postaci Amerykanina, którego to ja muszę teraz gonić.

Na zajęciach często jestem pytana, co robiłam w ciągu dnia. No cóż, chodzę. Rano odprowadzam dzieci do szkoły, wracam do domu albo pędzę na lekcje. Szybkie zakupy w jednym sklepie, drugim, trzecim, na bazarku… Bo wszystkiego nie można tak zwyczajnie kupić za jednym razem. Odnoszę siaty do domu i lecę odebrać dzieciarnię. Na pytanie nauczycielek o rodzaj uprawianego sportu zaczynam odpowiadać: chodziarstwo. I zastanawiam się, że gdyby tak podliczyć te wszystkie kilometry i czas, jaki na to poświęcam… To ile by wyszło?
Z rozrzewnieniem wspominam Sydney (a jednak!) i samochód stojący pod domem. Wystarczyło zejść na dół i odpalić silnik. Jeździłam samochodem. Jeździłam kiedyś samochodem. Wspomnienie, jak z innego życia. Jakby mi się tylko przyśniło.