Taksowkarze w Taipei to osobliwy gatunek. I mimo, ze na takich, co zupelnie nie maja pojecia dokad jada, nie trafiam juz od bardzo dawna, wciaz zdarzaja mi sie bardziej lub mniej komiczne sytuacje.

Ci z pobliskiego postoju wiedza o nas duzo. Az boje sie myslec, jak duzo. Wsiadam do taksowki i slowo daje, ze kierowce pierwszy raz w zyciu na oczy widze, a on mnie pyta, jak dobry znajomy:
– To kiedy wracacie do Polski? – a widzac, ze jestem tylko z Mloda dodaje – Kto sie teraz opiekuje twoim synem?
Zdarzylo mi sie tez juz ze dwa razy jechac z taksowkarzem-jasnowidzem. Wsiadam gdzies w miescie i probuje pokazac karteczke z chinskim adresem naszego bloku. Probuje, bo facetowi nawet sie zerknac nie chce. Probuje raz jeszcze, a on mi tylko macha reka na odczepnego. Ok, mysle sobie, zobaczymy dokad pojedzie, najwyzej na skrzyzowaniu zwroce mu uwage. A on jedzie, jak po sznurku, prosto pod moj dom.
Byl tez taksowkarz-kidnapper, ktory prawie odjechal w sina dal z Mloda. Wstawilam fotelik z dzieckiem i zamknelam drzwi. Chcialam obejsc samochod i wsiasc z drugiej strony, a on ruszyl. No to ja za nim z krzykiem i piesciami. Gosc pozniej cala droge mial ubaw.
Ostanio zaczelam podrozowac z wozkiem. Jest duzy, wiec zanim wsiade musze sie upewnic, czy taksowkarz ma pusty bagaznik.
– Pusty, pusty… – zapewnia mnie, wiec wrzucam mu na tylne siedzenie plecak i z Mloda w jednej rece, druga skladam wozek.
Otwiera bagaznik, a tam zbiornik na gaz zajmujacy polowe przestrzeni. Reszta pusta, ale przeciez i tak sie nie zabierzemy. Wiec mowie, ze sorry, kong bu xing i zabieram sie za rozkladanie wozka. A gosc wsiada do samochodu i odjezdza z moim plecakiem.

Ostatnio mam sporo okazji do trenowania biegow z przeszkodami.

Reklamy