Do tej pory słyszałam tylko, że Tajwanki po urodzeniu oddają dziecko na wychowanie dziadkom. Z wygody i żeby mogły wrócić do pracy. Bo tak chcą, bo lubią. Okazuje się, że nie koniecznie jest to prawda.

Widuje ją kilka razy w tygodniu w parku, do którego przychodzi ze swoją dwuletnią córeczką. Któregoś dnia zagadała mnie i tak od słowa do słowa, zakumplowałyśmy się. Kiedyś wspomniała, że ma syna w wieku Łukasza, spytałam więc ją wczoraj, gdzie się ów chłopczyk podziewa, kiedy one się tu bawią w najlepsze, spodziewając się usłyszeć oczywiście, że bidulek siedzi na jakiś dodatkowych, nadprogramowych, ale jakże rozwijających zajęciach. Ale ona odpowiada:

– Mieszka ze swoimi dziadkami.

I widząc moją minę dodaje:

– Brzmi dziwnie?

Teściowa odebrała jej syna zaraz po urodzeniu.

– Ty idź do pracy – powiedziała jej. – Musisz zarabiać pieniądze, nie zajmiesz się nim właściwie. Ja będę dla niego lepszą matką. Będziesz go odwiedzać raz w tygodniu.

Oczywiście protestowała, ale mąż jej nie poparł, więc teściowa po prostu wzięła chłopca do siebie. On ma teraz sześć lat, widuje matkę tylko od święta.
Ona zastanawia się nad rozwodem, ale zdaje sobie sprawę, że wtedy straciłaby zupełnie kontakt z synem (po rozwodzie syn zostaje przy ojcu, co w rzeczywistości oznacza, że będzie wychowywany przez dziadków). Chciałaby wyjechać, na przyklad do Kanady, zabrać dzieci i żyć swoim własnym życiem z dala od teściów, ale nie wie, jak do tego namówić męża.
Mówi, że myśli o swoim dziecku codziennie, że nie może spać po nocach i właściwie tylko dzięki religii jakoś się trzyma. I że na szczęście ma jeszcze córkę za którą teściowie nie przepadają.

Kiedy słuchałam jej historii przypomniała mi się inna. Jedna z uczennic Rity, mojej nauczycielki chińskiego, w czasie rozwodu zawarła z mężem umowę, że ich syn będzie z nią mieszkał dopóki nie ukończy trzynastu lat. Później zamieszka z ojcem. Kobieta wszystko robiła z myślą o swoim dziecku, chcąc mu zapewnić wszystko to, co najlepsze. Powiedziała, że kiedy już go jej odbiorą, popełni samobójstwo.