Do „naszego” parku tego lata przychodzi sporo rodziców z białymi lub mieszanymi dziećmi. I oczywiste jest, że wzbudzają one duże zainteresowanie Tajwańczyków.
Jest taka jedna Tajwanka, swoją drogą bardzo sympatyczna kobieta, która zna wszystkie te dzieci. Ma przewagę nad innymi lokalnymi – świetnie mówi po angielsku. Ponieważ wszyscy przychodzimy do parku mniej więcej w tym samym czasie, pani robi rundkę zaliczając wszystkich po kolei. Rozmawia z rodzicami i bawi się z ich dziećmi nosząc je na rękach, pomagając zjeżdżać na ślizgawkach, hustając… W tym czasie jej trzyletni synek snuje się zwykle sam bez celu gdzieś na drugim końcu placu zabaw.
I teraz ona mi mówi, patrząc na mojego sześciolatka ganiającego w krzakach z innymi łobuziakami, że:
– … my lubimy mieć nasze dzieci ciągle na oku. Nie tak jak ty. – I tu palec mi w oko i moją marną „face„. Że co, proszę?

Tajwańczycy nie bawią się łaskocząc stópki swoich dzieci. Boją się, że od takich zabaw nigdy nie będą chodzić.

Reklamy