Jakis czas temu poznalam Tajwanke mieszkajaca na 29-pietrze mojego budynku.
Kiedy sie spotykamy zwykle mowi mi o waznych ogloszeniach z windy, o nowych miejscach, w ktore warto zabrac dzieci i przekazuje zaslyszane ploteczki z zycia naszego community.

Kiedy kilka dni temu wracalam z bazarku, poczulam nagle czyjas reke na ramieniu.

– Koniecznie chcialam, zebys to sprobowala – mowi lekko zdyszana.
Rany, naprawde biegla?

Z torby wypelnionej zakupami wyciaga plastikowe pudelko i  podsuwa mi jego kolorowa zawartosc pod nos. – To takie tradycyjne tajwanskie slodkosci.

Siegam po jedna. Znam to, choc wczesniej jadlam to w formie kulek. Te sa krojone w kostke. To mochi, galaretkowy cukierek z maki ryzowej. Pycha.

– Pilas kiedys pearl tea? – pyta.

– Daj spokoj – zaczynam sie smiac – mieszkam tu cztery lata. Probowalam juz tego i owego…

– Chcialam ci kupic…

Taka moja osobista przewodniczka wycieczki. Ona i jeszcze jedna z parku. Jaka szkoda, ze nie spotkalam ich wczesniej, na samym poczatku mojego pobytu w Taipei. O ile prostsze byloby zycie na obczyznie.

Reklamy