Bywa, ze mam pustke w glowie. Musze sie zatrzymac i zastanowic. Wytezyc mozgownice w poszukiwaniu wlasciwego slowa. Niemal slysze wtedy, jak zwoje pracuja. Zdaza sie, ze nie znajduje…
Kilka dni temu zlapalam sie na tym, ze ogladajac od dobrych kilkunastu minut film, nie potrafilam powiedziec, jakim jezykiem posluguja sie jego bohaterowie. Stop klatka – rany, co to za jezyk? chwila… czy to moze byc polski? nie, chyba nie… to angielski… tak, to musi byc jezyk angielski… – prawie otarlam pot z czola.
Bywa, ze sama do siebie, w swojej wlasnej glowie, mysle sobie po angielsku… Bywa, ze najzwyklejsza w swiecie paplanina ze znajomymi o przyslowiowej dupie Maryny to niemozebny wysilek intelektualny.

U ludzi, ktorzy jakis czas spedzili poza krajem, zawsze irytowalo mnie wplatanie obcych slowek w rozmowe. Draznil mnie obcy akcent wkradajacy sie w ich jezyk ojczysty. I uwazalam to za oczywisty szpan, chec zaimponowania innym i wywyzszanie sie. Dzis sama miewam problemy ze znalezieniem odpowiedniego polskiego slowa i zdarza sie, ze prosciej i szybciej jest zalatac dziure w pamieci slowkiem angielskim. Za kazdym razem, kiedy to robie podczas rozmowy z innymi Polakami, czuje sie glupio. Boje sie, ze oni tez biora to jedynie za prostacki lans…

Reklamy