To zabawne. Nam lekarze mówią, żeby pić tylko zieloną herbatę. Tajwańczykom, że tylko czarna herbata (po chińsku mówi się o niej „czerwona”) jest zdrowa.
Nie powinnam słuchać lokalnego dermatologa, który dobrych kilka lat temu nakrzyczał na mnie za picie dużych ilości zielonej herbaty. Powiedział: tylko jeden kubek i tylko przed południem. Posłuchałam, bo wtedy wydawało mi się, że nic gorszego nie mogło mi się przytrafić.
Dziś czytam różne mądre książki i z dwojga złego wolę problemy z cerą. Japońska sencha parzona w dużym dzbanku, na okrągło.

Zabawne jest również to, że mieszkam w dietetycznym raju, a jeszcze do niedawna kwestią numer jeden był dla mnie zakup dobrego pieczywa, kefiru czy wędliny. Dziś ponownie wydeptuję ścieżki na pobliski bazar, gdzie sprzedawca do warzyw i grzybów shitake dorzuca mi gratis korzeń świeżego imbiru.
Dałam sobie spokój z przepisami. Po powrocie do domu zawyczajnie wrzucam bazarowe zdobycze do garnka i duszę z pastą miso i tofu. A potem bijemy się z Młodą o lepsze kąski.

Zmieniam zachodnie nawyki. Muszę. Chcę. Po lekkim koszmarze z ubiegłego miesiąca biorę się w garść.