… z kapustą kiszoną rozmawiałyśmy głównie o jedzeniu.

– Czy w Polsce ludzie jedzą ryż? Skąd macie, przecież u was nie ma pól ryżowych… Musi być bardzo drogi.

Śmiesznie zrobiło się, kiedy spytała mnie o sposób gotowania ryżu. Ryż w torebkach foliowych niezmiennie rozbawia Tajwańczyków.

– Ale przecież to nie ryż, ja nawet nie wiem, jak to nazwać! Takie marnotrawstwo, w wodzie zostają ważne składniki! Czy wiesz, że na Tajwanie małe dzieci piją czasami to mleko ryżowe?

Pewnie, że wiem.

– A warzywa jak przygotowujesz? Z imbirem i czosnkiem?! Ale to przecież po tajwańsku…

Na szczęście odkryłam już sekret gotowania chińskiej zieleniny. Do tej pory myslałam, że te wszystkie liście trzeba smażyć, bo przecież tutaj wszystko wrzuca się na rozgrzany olej, ale mi nie wychodziło. Albo dusić, ale żeby zmiękły trzeba było je dusić długo, więc zmieniały kolor i zapewne uciekały z nich wszystkie witaminy. Ostatnio dobrałam się jednak w ksiegarni do szalenie drogiej książki Kylie Kwong i już wiem, że zielone liście należy blanszować. Dosłownie minuta kąpieli we wrzątku sprawia, że robią się przepyszne. Często zjadam je wszystkie zaraz po wyjęciu z gara, jeszcze przed wymieszaniem z resztą potrawy duszonej na patelni.

A po kiepskim obiedzie w pseudo-niemieckiej restauracyjce wybrałyśmy się do TP101 pooglądać sobie tofu w supermarkecie.