Kierowcy autobusow czesto zdaja sie zapominac, ze to nie worki z kartoflami wioza, a ludzi. Male dzieci i starsze osoby, ktorym naprawde trudno jest stac, a co dopiero zrobic kilka krokow w rozpedzonym i rozbujanym pojezdzie.
Czesto, kiedy jade sama, mam problem z zachowaniem rownowagi. Sztuczka jest kilkakrotnie trudniejsza do wykonania jesli jestem objuczona torbami, wozkiem i dwojka dzieci. Nie dziwie sie, ze wsiadajacy z predkoscia swiatla rzucaja sie na wolne siedzenia, to jedyne bezpieczne miejsca.

Dzis tez z Mloda w jednej rece i jej przedszkolnym plecakiem usilowalam utrzymac sie jakos na dwoch nogach. Autobus ruszyl ledwo zdazylam postawic obie stopy na jego pokladzie. Na palcach jednej reki moglabym policzyc te przypadki, kiedy kierowca poczekal z ruszeniem az usiadziemy.
Kurczowo trzymajac Mloda, stalam obok wolnego miejsca, ale nijak nie moglam na nim usiasc, bo jakakolwiek zmiana w rozlozeniu ciezaru na moje szeroko rozstawione nogi grozila przeturlaniem sie na drugi koniec autobusu.
Siedzaca obok i widzaca, co sie swieci starsza pani (chwala niech bedzie starszym paniom w autobusach!) chwycila mnie mocno pod ramie i trzymala tak dlugo, az kierowca zaczal prowadzic pojazd na tyle spokojnie, ze moglam wreszcie zrzucic z siebie balast na to wolne siedzenie.

Ona nas ratowala, a jedyne o czym ja moglam myslec w tym czasie, to ze na zewnatrz jest pelne slonce, 36 stopni i jak sie to ma procentowo do wydzielanej przeze mnie wilgoci.

Reklamy