Trzydzieści godzin, dokładnie tyle trzeba, aby pokonać tysiące kilometrów z Warszawy do Sydney. Już w Taipei wydawało mi się, że mieszkam na krańcu świata. Okazuje się, że można jeszcze dalej. Jak to się kiedyś mówiło? Coś o psach szczekajacych pupami i ptakach latających do tyłu…
Pierwsze wrażenia? Zimno. Miałam nadzieję, że już nigdy nie będę musiała tak marznąć. Przenikliwie, do kości, zupełnie jak na Tajwanie… Tymczasowe mieszkanie jest duże, przestronne i paradoksalnie jest to minus, ponieważ nasz malutki klimatyzator zwyczajnie nie daje rady ogrzać całego mieszkania. Przesiadujemy więc w salonie, najchętniej w zasięgu podmuchu ciepłego powietrza.

Z ciekawostek: pralkę i suszarkę mam w szafie w przedpokoju!
– Sami się przekonacie, w Australii wszystko jest na opak – powiedział Macedończyk, który oprowadzał nas po mieszkaniu.