Nasze podwójnie oszklone okna właściciele zabrali chyba ze sobą, a my prawdopodobnie mieszkamy przy najbardziej ruchliwej ulicy w mieście…

Pierwsze spotkanie z lokalną fauną już za nami. Karaluch z łazienki został grzecznie poproszony o ponowne wpełźnięcie do dziury w podłodze. Jego krewny z kuchni nie mial już tyle szczęścia i za bieganie po kuchennym blacie poniósł srogą karę. Czarny pająk spod łóżka w sypialni również. Za zachodnim oknem od rana drą się papugi. Białe z żółtymi czubami i czerwonoskrzydłe. Niesamowite, latają sobie tak po prostu, jak gołębie albo wróble…

W szkole Młodego osiemdziesiąt procent dzieci ma azjatyckie korzenie. Najliczniejszą grupę stanowią dzieci mówiace po mandaryńsku, koreańsku, kantońsku i japońsku. W jego klasie jest tylko dwóch „białasow”. On i… jeszcze jeden Polak! Łukasz nie może przestać gadać o swoim nowym koledze, oczywiście po angielsku. Wszyscy najbardziej cieszymy się, że szkołę mamy tak blisko. Koniec ze wstawaniem o świcie, koniec z godzinnymi dojazdami i nerwowką, żeby w ogóle zdąrzyć na autobus. Na spokojnie jemy sobie śniadanie, a potem spacerkiem idziemy do szkoly. Mamy 10 minut drogi.

W naszym shoppingtown odkryłam tajwańską restaurację „Cha for Tea”. Menu oczywiście nie to samo, ale przynajmniej mogę kupić moją ulubioną herbatę z TenRen. W supermarkecie obok tofu stoją polskie solone śledzie i ogórki kiszone.

Zadomawiamy się.

Reklamy