Wiem, przynudzam, ale…

Kiedy przenosiliśmy się do Sydnej świadomie szukałam kontaktu z Tajwankami. Choć słowo „szukałam” jest tu raczej użyte na wyrost.
Chciałam, żeby moje dzieci dalej mogły uczyć się mandaryńskiego. W szkole, nie na dodatkowych zajęciach. Chciałam, żeby miały kontakt z chińskimi dziećmi. Ja chciałam mieć kontakt z ich mamami. To dlatego zamieszkaliśmy w Chatswood, choć agentka od relokacji nie mogła się temu nadziwić.

– Chatswood? Chcecie wysłać dziecko do publicznej szkoły w Chatswood?!

Chciałam, żeby było tak, jak na Tajwanie. Chciałam dalej wieść życie waiguo ren. Nie wzięłam pod uwagę tylko jednego.
Po ponad sześciu latach w Taipei w głowie miałam obraz serdecznego Azjaty. Przyjaznego, ciekawego rozmowy z obcym, otwartego na nową znajomość. Błędnie założyłam, że w Chatswood spotkam takich samych ludzi. Przecież zamieszkałam w chińskiej dzielnicy! Nie pomyślałam o tym, że ci mili ludzie też będą czuć się zagubieni na obczyźnie. Że o ile ich dzieci płynnie posługują się angielskim, to oni już niekoniecznie. Że będą trzymać się w swoim gronie, w zamknietych grupach. Że poza uśmiechem i „hello” nie mam na co liczyć, nawet jeśli potrafię wystękać kilka zdań po chińsku. A wspominanie Tajwanu w niczym mi nie pomoże.
Nagle przestałam być: ale ty jesteś ładna, twoja skóra jest taka jasna. I: świetnie mówisz po chińsku, twoja wymowa jest idealna. Z dnia na dzień stałam się jednym z wielu emigrantów mówiacych po angielsku z wschodnioeuropejskim akcentem.

Kontakt z Australijkami mam tylko wzrokowy. Obserwuję je na szkolnym dziedzińcu. Jest ich niewiele i też stoją na uboczu zbite w ciasną grupkę. Rozmawiałam z nimi wszystkiego ze dwa razy w ciągu tego roku.

Przeprowadzka do Sydney była dla mnie dużo większym przeżyciem niż wyjazd na Tajwan. Przystosowanie się do nowej sytuacji i ogarniecie się zajęło mi prawie rok. Przyjechałam tu z oczekiwaniami, z pewnością co do tego, jak będzie. Bolesne zderzenie z rzeczywistością.

Reklamy