Miałam już przygotowany tekst o jednej z ikon Australii. Zamierzałam między innymi napisać, iż mam nadzieję, że twórca tego ohydnego smarowidła spłonął żywcem w piekle, ale… Zauważyłam u siebie coś dziwnego.

Kupując Vegemite wybrałam najmniejszy z najmniejszych słoiczków. Po pierwszej degustacji, po której odruch wymiotny utrzymywał się przez dobrych kilka godzin, doszłam do wniosku, że cholera i tak kupiłam za duży. Trudno, zmarnuje się, pomyślałam. Najwyżej wyrzucę. Szlag trafił te trzy dolary z groszem, ale… Dla zachowania pozorów, że jednak mi smakuje (ach te tajwańskie nawyki) i zjem to jakoś, bo przecież szkoda tak do kosza, postanowiłam dać mu drugą szansę. A potem trzecią i… kolejną, kolejną. I ani się spostrzegłam, kiedy w słoiczku pokazało się dno, a ja ze smakiem zaczęłam oblizywać nożyk. I odkryłam, że Vegemite na chrupiącym toście, cieniutko (cieniutko!!!) rozsmarowany, przykryty plasterkami ostrego w smaku żółtego sera i kwaskowatymi pomidorkami ma w sobie jednak coś kuszącego. Mimo, że rodzina omija mnie szerokim łukiem, kiedy jem.

W dalszym ciągu sądze, że ktoś, kto wymyślił to paskudztwo nie miał sumienia. Jak to możliwe, że miliony Australijczyków (i przyjezdnych, jak widać na podanym przykładzie) zjada codziennie ze smakiem coś, co powstało na bazie drożdżowych odpadów po produkcji piwa? I aż trudno uwierzyć, że niektórzy używają tego do gotowania lub pieczenia. Na stronie producenta znaleźć można przepisy nie tylko na kanapki, ale też pizzę, bułeczki, dania z makaronem, zupy i marynaty do mięsa! Blehhh…

Zdjęcie pochodzi ze strony: bytesdaily.blogspot.com.au/.
Historia powstania Vegemite i inne ciekawe fakty, tutaj (ang.)

Reklamy