W weekend wypełniliśmy ankietę dotyczącą m.in. naszego poziomu zadowolenia z życia w Australii. Mamy szczęście do ankiet, na Tajwanie też wiecznie nas męczyli, a przynajmniej próbowali. Chcieliśmy się wykręcić, ale nie udało się. Miły pan wyjaśnił, że musimy. Australijczycy nie przywykli do tak jawnego buntu. Rząd pyta, obywatele odpowiadają, nie ma zmiłuj. Mniejsza o to, że akurat my obywatelami tego kraju nie jesteśmy.

Po ustaleniu naszej grupy wiekowej pada pierwsze pytanie:
– Czy uważa pan, że miejsce kobiety jest w domu?

Spadłabym z krzesła, gdybym tylko siedziała. Zeszła na zawał, gdybym tylko miała słabsze serce. Prawie umarłam.
– Ja pierdziele, że co, kurde? Co to w ogóle jest za pytanie?
– Przepraszam, taką mam prace. Muszę zadawać te pytania…

Australijska polityka niestety nie interesuje mnie bardziej niż tajwańska. Październikowe przemowienie pani premier, które odbiło się szerokim echem na całym świecie, zarejestrowałam jedynie kątem oka. Teraz musiałam odświeżyć sobie sprawę. Julia Gillard – premier australijskiego rządu, niezamężna, bezdzietna ateistka. W emocjonującym wystąpieniu mówiąca stanowcze „nie” liderowi opozycji nazywającemu ją otwarcie wiedźmą i dziwką. Ja pierdziele, że co, kurde???

Pojecia nie mam o postulatach Australijskiej Partii Pracy. Tak naprawdę pojecia nie mam również, o co poszło i jak się rozpoczęła październikowa awantura w parlamencie, ale w ciągu tych piętnastu minut całym sercem byłam z Julią. A mina lidera opozycji podczas wystapienia pani premier – bezcenna.

Reklamy