Na moich trampkach wciąż widać ślady kurzu Uluru. Czerwono-rdzawe plamy, które nie zeszły mimo kilkakrotnego szorowania – pamiątka ostatniej, sentymentalnej podróży do świętej ziemi ludu Anangu. Przemierzam w nich teraz ulice Taipei.

Nie jestem zgubiona, nie trzeba mnie ratować. Jestem u siebie, nawet jeśli okolica w której obecnie mieszkam jest dla mnie nowa.
Mój chinski (o zgrozo!) w dalszym ciągu jest wystarczający do podstawowej komunikacji. Różnica polega na tym, że nie mam już obaw przyznać, że czegoś nie rozumiem i spróbować dogadać się inaczej.
Nie irytują mnie spojrzenia tubylców i śmiech za plecami. Wiem, dlaczego się gapią i chichoczą. Ja też lubię przygladać się innemu, dziwnemu, ciekawemu, nieznajomemu… Ich zachowanie dla mnie również bywa zabawne.

Nie jestem pewna, jak bardzo Taipei zmieniło się podczas tych dwóch lat. Nie mam za to wątpliwości, co do innych zmian.

uluru

Reklamy