Siódmy rok daję się zaskoczyć przechodząc przez te drzwi – ostatnią bramę oddzielającą kojący chłód od gorącej galarety. Cichy syk mechanizmu rozsuwającego szklaną przegrodę na boki, krok w przód i… ledwo łąpię oddech. Wilgotny zaduch przylega do mnie momentalnie, spowalnia ruchy, zalepia oczy, wlewa się w płuca, które niemal krzyczą: tlenu! Nie da się na to przygotować.

Niecierpliwie przekręcam klucz w zamku, kto tym razem wybiegnie nam na przywitanie? Ostatnim razem, po tygodniu nieobecności, zbierałam z podłóg zwłoki karaluchów. Groteskowo powyginane odnóża, brzuchy do góry. Pomarły z rozpaczy? Samotności? Nie było kogo straszyć nocą? Komu zostawiać ślady stópek na kuchennym blacie? Z kim się ścigać pomiędzy pokojami?
Tym razem mieszkanie we władanie objęły pająki. Ich przywódca jest wielki i ma osiem kosmatych nóg. Pajęczyny są wszędzie. Na regałach z książkami, pomiędzy kablami od telewizora, w szafce z produktami spożyczymi – jedynym jak dotąd miejscu nie do zdobycia dla karaluchów. 1:0 dla pajęczaków!

Reklamy