Rutyna dnia codziennego. Przetrwać, teraz bardziej niż kiedyś.

Gdzieś w międzyczasie biorę lekcje chińskiego. Tym razem na poważnie, w szkole. Odrabiam zadania domowe, kuję do testów. Początkowo intensywnie, pięć dni w tygodniu po trzy godziny, ale nie wyrabiam się z niczym. Kiedy zaczynam już przydeptywać wywieszony ozór, skracam do trzech dni w tygodniu, w końcu do dwóch.
Moja towarzyszka niedoli – jedna, druga – nie jest w stanie zapamiętać pięciu nowych słówek z lekcji na lekcję. Im bardziej jej się wszystko pierniczy, tym bardziej rośnie poziom mojej frustracji. Próbuję zmienić grupę, godziny zajęć, cokolwiek, ale dowiaduję się, że to moja wina – sama zapisałam się na zajęcia dla początkujących i do tego za szybko się uczę! Zaciskam więc zęby i próbuję jakoś przetrwać do końca semestru. Wybawienie nadchodzi po Bożym Narodzeniu w postaci Amerykanina, którego to ja muszę teraz gonić.

Na zajęciach często jestem pytana, co robiłam w ciągu dnia. No cóż, chodzę. Rano odprowadzam dzieci do szkoły, wracam do domu albo pędzę na lekcje. Szybkie zakupy w jednym sklepie, drugim, trzecim, na bazarku… Bo wszystkiego nie można tak zwyczajnie kupić za jednym razem. Odnoszę siaty do domu i lecę odebrać dzieciarnię. Na pytanie nauczycielek o rodzaj uprawianego sportu zaczynam odpowiadać: chodziarstwo. I zastanawiam się, że gdyby tak podliczyć te wszystkie kilometry i czas, jaki na to poświęcam… To ile by wyszło?
Z rozrzewnieniem wspominam Sydney (a jednak!) i samochód stojący pod domem. Wystarczyło zejść na dół i odpalić silnik. Jeździłam samochodem. Jeździłam kiedyś samochodem. Wspomnienie, jak z innego życia. Jakby mi się tylko przyśniło.

Reklamy