Aussie journal


Na moich trampkach wciąż widać ślady kurzu Uluru. Czerwono-rdzawe plamy, które nie zeszły mimo kilkakrotnego szorowania – pamiątka ostatniej, sentymentalnej podróży do świętej ziemi ludu Anangu. Przemierzam w nich teraz ulice Taipei.

Nie jestem zgubiona, nie trzeba mnie ratować. Jestem u siebie, nawet jeśli okolica w której obecnie mieszkam jest dla mnie nowa.
Mój chinski (o zgrozo!) w dalszym ciągu jest wystarczający do podstawowej komunikacji. Różnica polega na tym, że nie mam już obaw przyznać, że czegoś nie rozumiem i spróbować dogadać się inaczej.
Nie irytują mnie spojrzenia tubylców i śmiech za plecami. Wiem, dlaczego się gapią i chichoczą. Ja też lubię przygladać się innemu, dziwnemu, ciekawemu, nieznajomemu… Ich zachowanie dla mnie również bywa zabawne.

Nie jestem pewna, jak bardzo Taipei zmieniło się podczas tych dwóch lat. Nie mam za to wątpliwości, co do innych zmian.

uluru

Reklamy

Ostrożnie stawiam kroki. Suche liście szeleszczą, spod moich stóp na boki pierzchają jaszczurki. Skradam się.
Wiem, że tu jesteś. Słyszę, jak się śmiejesz. Słońce razi moje oczy, ale znajdę cię. Wiem, że cię znajdę. Spojrzysz na mnie tymi czarnymi oczami, przekręcisz głowę. Wiatr zmierzwi twoje pióra.

kuk_jac

Wodzę wzrokiem po ciemnych czuprynkach i pytam:
– Są jeszcze inne białe dzieci w twojej klasie?

– Mamo, w mojej klasie wszyscy są biali…

Świat widziany oczami dziecka urodzonego na Tajwanie dla którego normalne jest, że niektórzy mają inny odcień skóry i kolor oczu.

Kiedy pytam znajomych rodziców o ich narodowość od każdego słyszę:
– Jestem Australijczykiem!

W naszej klasie pełno jest Australijczyków z Chin, Japonii, Korei, Indii, a nawet Arabii Saudyjskiej. I ani jednego z Australii.
Wychowawczyni żartem rzuca, że jest jedyną osobą w klasie posługującą się tylko jednym językiem.

Była taka scena w Terminatorze, zdaje się w drugiej części, Sarah Connor miała sen, stała przy płocie i nagle ognisty podmuch zamienił wszystko w popiół… Dokładnie taki wiatr wieje dziś w Sydnej. Termometry pokazały 44.7˚C, jest to najwyższa temperatura jaka wystąpiła w Sydnej od 154 lat.

W weekend wypełniliśmy ankietę dotyczącą m.in. naszego poziomu zadowolenia z życia w Australii. Mamy szczęście do ankiet, na Tajwanie też wiecznie nas męczyli, a przynajmniej próbowali. Chcieliśmy się wykręcić, ale nie udało się. Miły pan wyjaśnił, że musimy. Australijczycy nie przywykli do tak jawnego buntu. Rząd pyta, obywatele odpowiadają, nie ma zmiłuj. Mniejsza o to, że akurat my obywatelami tego kraju nie jesteśmy.

Po ustaleniu naszej grupy wiekowej pada pierwsze pytanie:
– Czy uważa pan, że miejsce kobiety jest w domu?

Spadłabym z krzesła, gdybym tylko siedziała. Zeszła na zawał, gdybym tylko miała słabsze serce. Prawie umarłam.
– Ja pierdziele, że co, kurde? Co to w ogóle jest za pytanie?
– Przepraszam, taką mam prace. Muszę zadawać te pytania…

Australijska polityka niestety nie interesuje mnie bardziej niż tajwańska. Październikowe przemowienie pani premier, które odbiło się szerokim echem na całym świecie, zarejestrowałam jedynie kątem oka. Teraz musiałam odświeżyć sobie sprawę. Julia Gillard – premier australijskiego rządu, niezamężna, bezdzietna ateistka. W emocjonującym wystąpieniu mówiąca stanowcze „nie” liderowi opozycji nazywającemu ją otwarcie wiedźmą i dziwką. Ja pierdziele, że co, kurde???

Pojecia nie mam o postulatach Australijskiej Partii Pracy. Tak naprawdę pojecia nie mam również, o co poszło i jak się rozpoczęła październikowa awantura w parlamencie, ale w ciągu tych piętnastu minut całym sercem byłam z Julią. A mina lidera opozycji podczas wystapienia pani premier – bezcenna.

Miałam już przygotowany tekst o jednej z ikon Australii. Zamierzałam między innymi napisać, iż mam nadzieję, że twórca tego ohydnego smarowidła spłonął żywcem w piekle, ale… Zauważyłam u siebie coś dziwnego.

Kupując Vegemite wybrałam najmniejszy z najmniejszych słoiczków. Po pierwszej degustacji, po której odruch wymiotny utrzymywał się przez dobrych kilka godzin, doszłam do wniosku, że cholera i tak kupiłam za duży. Trudno, zmarnuje się, pomyślałam. Najwyżej wyrzucę. Szlag trafił te trzy dolary z groszem, ale… Dla zachowania pozorów, że jednak mi smakuje (ach te tajwańskie nawyki) i zjem to jakoś, bo przecież szkoda tak do kosza, postanowiłam dać mu drugą szansę. A potem trzecią i… kolejną, kolejną. I ani się spostrzegłam, kiedy w słoiczku pokazało się dno, a ja ze smakiem zaczęłam oblizywać nożyk. I odkryłam, że Vegemite na chrupiącym toście, cieniutko (cieniutko!!!) rozsmarowany, przykryty plasterkami ostrego w smaku żółtego sera i kwaskowatymi pomidorkami ma w sobie jednak coś kuszącego. Mimo, że rodzina omija mnie szerokim łukiem, kiedy jem.

W dalszym ciągu sądze, że ktoś, kto wymyślił to paskudztwo nie miał sumienia. Jak to możliwe, że miliony Australijczyków (i przyjezdnych, jak widać na podanym przykładzie) zjada codziennie ze smakiem coś, co powstało na bazie drożdżowych odpadów po produkcji piwa? I aż trudno uwierzyć, że niektórzy używają tego do gotowania lub pieczenia. Na stronie producenta znaleźć można przepisy nie tylko na kanapki, ale też pizzę, bułeczki, dania z makaronem, zupy i marynaty do mięsa! Blehhh…

Zdjęcie pochodzi ze strony: bytesdaily.blogspot.com.au/.
Historia powstania Vegemite i inne ciekawe fakty, tutaj (ang.)

Lokalne ptactwo jest bardzo halaśliwe.
Gadatliwe papugi, kruki imitujące płacz kota i nerwowo chichocząca kukabura. Ustaje deszcz, wiatr przestaje szarpać gałęziami drzew i ptasie radio nadaje.

Następna strona »