Podroze


W czasie Wielkanocy  wybralismy sie ponownie do Japonii. Zupelnie przypadkowo nasza wycieczka zbiegla sie w czasie z sakura, czyli okresem kwitnienia wisni. Pojedyncze drzewa nie robia duzego wrazenia, ale kiedy w parku kwitnie obok siebie kilka drzew i wszystko wokol pokryte jest bialo-rozowymi platkami wisni, wyglada to po prostu bajkowo.

kyoto11

Tak jak i w czasie naszej pierwszej wycieczki do Kyoto, tym razem rowniez udalo nam sie spotkac dziewczyny maiko w czasie sesji zdjeciowej i to w tym samym miejscu. Pojecia nie mam, co to za miejsce, ale widac wlasnie tam zawsze robia sobie zdjecia. Poza tym, po Gionie sporo kobiet chodzi w kimonach, ku mojemu zaskoczeniu niektore z nich rozmawialy po chinsku. Mozliwe wiec, ze tradycyjny stroj mozna zwyczajnie wypozyczyc na czas spaceru i porobic sobie w nim fotki w tych wszystkich zabytkowych miejscach.

kyoto2

Ponad cztery lata obcowania z chinskimi krzakami nie poszly na marne. Podstawowa znajomosc pisma tradycyjnego tym razem bardzo ulatwila nam pobyt w Kyoto, na przyklad w czasie wypelniania karty rejestracyjnej w szpitalu lub zakupow. Pamietam, ze kiedy bylam w Japonii pierwszy raz, zdziwila mnie bardzo wszechobecnosc chinskiego pisma. Wczesniej japonskie znaki kojarzylam jedynie z katakana. Podobno dawno, dawno temu kiedy w Japonii nie bylo jeszcze pisma, jeden z cesarzy postanowil to zmienic. Wyslal wiec kilku mnichow na nauki do Chin. Dlatego tez Japonczycy uzywaja tradycyjnych hieroglifow kanji, czyli „znakow Hanow”. Oczywiscie japonska wymowa rozni sie od wymowy mandarynskiej i niektore znaki maja juz dzisiaj zupenie inne znaczenie, ale podobno kiedy Japonczyk z Tajwanczykiem nie moga sie dogadac, pisza do siebie.

kyoto6

Niestety, nie udalo mi sie kupic zegarka z kanji na cyferblacie. W jednym z domow towarowych, na stoisku firmowym Citizena, pojecia nie mieli, o co mi chodzi. Znalazlam jedynie biedniejsza wersje dla turystow na ktoryms z deptakow, z samurajami lub gora Fuji. A poniewaz nie o to mi chodzilo, wrocilam zawiedziona.

Reklamy

Nagle zaczelam zauwazac wokol siebie Tajwanczykow. To strasznie glupie, ale pojecia nie mialam, ze jest ich az tylu tutaj, w Taipei (niby slyszalam, ze sa gdzies na poludniu wyspy i ze trudno tam sie dogadac po chinsku, ale…). Wokol siebie wszedzie slysze jezyk tajwanski. Jakby ktos nagle zdjal mi okulary i sluchawki z uszu.

Podobno poslugiwanie sie tajwanskim, szczegolnie w sprawach biznesowych, jest teraz w dobrym tonie. Podobno po akcencie mandarynskiego mozna poznac, czy ktos jest Tajwanczykiem (ja powiedzialabym jeszcze, ze po wygladzie). Kiedy rozmowcy zorientuja sie co do swojego pochodzenia, przechodza na tajwanski. To chyba dobra zmiana po latach szykan i przesladowan.

phuket

Chinski Nowy Rok spedzilismy na Phuket. Fajnie bylo do czasu ujawnienia sie niechcianego towarzysza w postaci jakiegos tajskiego wirusa, ktory sprawil, ze mielismy czarne wizje odnosnie naszego powrotu na Tajwan. Malo brakowalo, a utknelibysmy w szpitalu z dzieckiem podpietym pod kroplowke. Dran, zabral sie z nami i jeszcze w Taipei dawal sie ostro we znaki calej naszej rodzinie. Do kitu z takimi wakacjami.

Czas w Penang uplynal nam leniwie na lezaku. Jak zwykle zreszta.
Kiedy panowie zazywali odswiezajacych kapieli w basenie, my z Mloda relaksowalysmy sie obserwujac innych turystow jezdzacych konno po plazy lub latajacych na spadachronach ciagnietych przez motorowki (jesli ktos nie sluchal instrukcji wykrzykiwanych z ziemi i nie potrafil wyladowac na plazy, sadzano go bezposrednio w Oceanie Indyjskim).

penang

W Taipei przywital nas deszcz i 12-stopniowa zima (tak, wiem – 12-stopni to jeszcze nie zima, ale sprobujcie to wytrzymac przy 90% wilgotnosci). Brrr…
A tegoroczne fajerwerki na TP101? Nie bylo to nic spektakularnego, jak chociazby te zeszloroczne. Znajomi Tajwanczycy twierdza, ze to z braku sponsorow. Podobno TP101 tym razem samo musialo zaplacic za widowisko.

***
Swieta w Azji to takie trudne do nazwania „cos”. I nie dlatego, ze pogoda tak bardzo rozna jest od tej polskiej, grudniowej. Ze snieg nie skrzypi pod butami, a mroz nie maluje kwiatow na oknach. I ze prawdziwa zime mozna zobaczyc tylko w bajkach na Disney Channel…
Swieta w Azji sa trudne, bo spedza sie je wsrod ludzi, dla ktorych Boze Narodzenie to tylko komercja. Kolejny powod do swietowania. Cos jak Walentynki – nie nasze to swieto, ale fajnie dostac prezent.
Swieta w Azji nie pachna makowcem, kompotem z suszonych owocow i barszczem z uszkami. Nie ma goraczkowego trzepania dywanow, prawdziwych drzewek swierkowych ze szklanymi bombkami i karpi plywajacych w wannie. Wigilia i Boze Narodzenie to normalne dni pracy.
Swieta w Azji sa trudne. W takich chwilach spotkanie z kims, komu na dzwiek polskich koled rowniez wilgotnieja oczy i wymeczony trudami podrozy z drugiego konca swiata oplatek urastaja do rangi malych cudow.

Podobno jest takie miejsce na polnocnym wybrzezu Tajwanu… Pisze „podobno”, bo zdjecia futurystycznego kompleksu robia niesamowite wrazenie, ale miejsce to musi istniec naprawde, skoro mozna je zobaczyc chociazby na mapach Google. Prawda, ze nieziemskie? Craig Ferguson napisal, ze wyglada to na miejsce, z ktorego E.T. moglby zadzwonic do domu. Bardzo trafne okreslenie.

Osiedle powstalo prawdopodobnie w latach 70-tych, choc niektore zrodla mowia o wczesnych latach 80-tych. Mialo to byc luksusowe miejsce odpoczynku dla bogaczy z Taipei. W czasie budowy zdarzylo sie jednak kilka smiertelnych wypadkow i prace przerwano. Od tamtej pory miejsce uwazane jest za nawiedzone przez duchy robotnikow, ktorzy zgineli na prozno i ktorych nikt nie uszanowal. A poniewaz Tajwanczycy boja sie duchow, osiedla wciaz nie wyburzono. Inna wersja mowi, ze projekt porzucono, bo nikt nie chcial mieszkac w tych plastikowych bublach.

Powyzsze zdjecia wykonane sa w technice HDR, wiecej zdjec autora tutaj.
Inne zdjecia opuszczonego resortu mozna obejrzec tez tutaj.

Przy wyjsciu z lotniska mala niespodzianka: przywital nas lekki, chlodny wietrzyk. Na pewno jestesmy w Taipei?! Zwykle, zaraz po rozsunieciu sie drzwi, oblepia czlowieka geste i duszne powietrze. Kto chociaz raz przechodzil przez te drzwi, wie o czym mowie.

Mimo tego, po tygodniu spedzonym w takim miejscu jak Borneo, odrobine trudno, ot tak z marszu, wrocic do tajwanskiej rzeczywistosci. Ze szczegolnym uwzglednieniem tajwanskiego klimatu i tej wszechobecnej wilgoci.