Odmierzam miarką ryż. Zalewam zimną wodą i zanurzam w niej dłonie. Między palcami przepływają mi pojedyncze ziarna.
W którymś z poprzednich żyć musiałam być Tajwanką. Zdecydowanie coś jest na rzeczy.

rice1

Reklamy

Cały dzień omijałam sklepiki 7-11 z daleka. Czułam jednak, że mnie to nie ominie. W końcu będę musiała tam wejść i skonfrontować się z chińskim interfejsem sklepowej drukarki i nie mówiacą po angielsku obsługą. Nie zrozumie, kto nie przeżył.

Ludzie zwykle boją się do mnie odezwać. Ja muszę się przemóc. Nie zrozumie, kto nie przeżył… Jeszcze tyle muszę się w życiu nauczyć.

Jesteśmy właśnie w trakcie szukania mieszkania. Byłoby prościej, gdyby rzeczywistość odpowiadała zdjęciom zamieszczonym w ogłoszeniach. I gdyby niektórzy sprzątali częściej niż raz do roku.

– Tradycja nakazuje nam sprzątać przed Chińskim Nowym Rokiem… – rzuca agent z przepraszającym, mam nadzieję, uśmiechem.

No sorry, kurde, a resztę roku to można żyć w brudzie? I jak w ogóle można nie sprzątnać mieszkania przed inspekcją? Co z ich „twarzą”? Świeżo odmalowane ściany i lśniące parkiety nie robią wystarczającego wrażenia, żeby nie zauważyć kuchni zalepionej starym tłuszczem i metrowym kudłem z kurzu. Na samą myśl, że miałabym tego dotykać, nawet w gumowych rękawicach…
Przy wejściu każą mi ściągnać buty w obawie o stan podłogi, a syfu w kuchni nie widzą?!

Na moich trampkach wciąż widać ślady kurzu Uluru. Czerwono-rdzawe plamy, które nie zeszły mimo kilkakrotnego szorowania – pamiątka ostatniej, sentymentalnej podróży do świętej ziemi ludu Anangu. Przemierzam w nich teraz ulice Taipei.

Nie jestem zgubiona, nie trzeba mnie ratować. Jestem u siebie, nawet jeśli okolica w której obecnie mieszkam jest dla mnie nowa.
Mój chinski (o zgrozo!) w dalszym ciągu jest wystarczający do podstawowej komunikacji. Różnica polega na tym, że nie mam już obaw przyznać, że czegoś nie rozumiem i spróbować dogadać się inaczej.
Nie irytują mnie spojrzenia tubylców i śmiech za plecami. Wiem, dlaczego się gapią i chichoczą. Ja też lubię przygladać się innemu, dziwnemu, ciekawemu, nieznajomemu… Ich zachowanie dla mnie również bywa zabawne.

Nie jestem pewna, jak bardzo Taipei zmieniło się podczas tych dwóch lat. Nie mam za to wątpliwości, co do innych zmian.

uluru

Wydeptuję od nowa dawne ścieżki. Odwiedzam ulubione miejsca, odświeżam zapamiętane smaki. Przyglądam się ludziom wokół mnie, ich twarzom, umykającym spojrzeniom. Wsłuchuję się w ich szeleszczące głosy wyławiając z potoku znajome słowa. Z przyspieszonym biciem serca. Dobrze jest być z powrotem.

DSCN4676 - Copy

Ostrożnie stawiam kroki. Suche liście szeleszczą, spod moich stóp na boki pierzchają jaszczurki. Skradam się.
Wiem, że tu jesteś. Słyszę, jak się śmiejesz. Słońce razi moje oczy, ale znajdę cię. Wiem, że cię znajdę. Spojrzysz na mnie tymi czarnymi oczami, przekręcisz głowę. Wiatr zmierzwi twoje pióra.

kuk_jac

Wodzę wzrokiem po ciemnych czuprynkach i pytam:
– Są jeszcze inne białe dzieci w twojej klasie?

– Mamo, w mojej klasie wszyscy są biali…

Świat widziany oczami dziecka urodzonego na Tajwanie dla którego normalne jest, że niektórzy mają inny odcień skóry i kolor oczu.

Kiedy pytam znajomych rodziców o ich narodowość od każdego słyszę:
– Jestem Australijczykiem!

W naszej klasie pełno jest Australijczyków z Chin, Japonii, Korei, Indii, a nawet Arabii Saudyjskiej. I ani jednego z Australii.
Wychowawczyni żartem rzuca, że jest jedyną osobą w klasie posługującą się tylko jednym językiem.